piątek, 23 lutego 2018

Besatt- Hellstorm (Undercover Records 2002/ Warheart Records 2018)

Klasyk w dorobku Besatt! Powiem szczerze, że chyba nawet cenię sobie "Hellstorm" wyżej niż kultowy "Hail Lucifer". Dzięki tegorocznej reedycji tej płyty miałem szansę wrócić sobie do tego albumu ponownie po dłuższej przerwie. Cholera, ten piekielnik w ogóle się nie zestarzał i wciąż poniewiera tak samo jak przy pierwszym odsłuchu. Dla mnie osobiście ta płyta ma coś w sobie, coś ewidentnie diabelskiego, bo niemożliwością jest żeby tak po prostu powstały riffy o takiej sile rażenia, przesiąknięte takim klimatem, nasączone taką czernią, wylewającą się z każdym dźwiękiem niczym posoka z rany. Do tego sama atmosfera płyty potęguje te odczucia. Przez cały album przetaczają się odgłosy nocnej burzy, pomruk piorunów i szelest padającego deszczu (no w końcu Hellstorm nie?!). Jest wręcz rytualnie. Do tego wszystkiego dochodzi dynamiczne, mocne, acz obskurne w swojej estetyce brzmienie i upiorny wokal Fulmineusa. Obecne tu gitarowe ściany dźwięku wprost emanują siłą i są bardzo czytelne, wyszło to idealnie. Moimi faworytami na krążku są otwierający płytę "Baphomet", następujący po koncertowym klasyku "Ave Master Lucifer", tytułowy "Hellstrom" oraz zamykający album "Devil's Eyes" (pewnymi swoimi cechami, mam wrażenie, przypominający/ nawiązujący do "Drommer Om Dod" Gorgoroth). Rzecz jasna pozostałe są równie dobre, ale te trzy darzę szczególnym sentymentem. Dla mnie jest to płyta praktycznie bez skazy (chociaż od lat wsłuchany w Besatt mogę być tu nieco mało obiektywny hehe).
Teraz parę słów odnośnie wydanej ostatnio i przedstawionej wam poniżej reedycji. Cóż, nie powiem, jakoś mocno mnie nie powaliła, sprawa stricte subiektywna, bo obiektywnie patrząc jest to dobra robota nie odbiegająca od standardów, ktoś bez wątpienia trochę nad tym posiedział. Mi po prostu nie do końca pasuje, akurat w przypadku tej płyty, kolorowa okładka. Zawsze będę czcić czarno-biały oryginał z Undercover Records. Druga sprawa, to brak jakiś memorabiliów w środku, czegoś do poczytania na temat samej płyty. Z drugiej strony, trudno wymagać żeby w każdym wznowieniu to było, jednym się to podoba, jest oczekiwane, innym takiego zabiegu do szczęścia nie potrzeba. Najzwyczajniej jest to solidna acz prosta forma wydania, bez fajerwerków. Za najważniejsze trzeba uważać jednak fakt, że ten szatański wyziew doczekał się wznowienia i że dzięki Warheart Records znów bez problemu można go dorwać. Każdy zwolennik naszego podziemia BM powinien mieć ten tytuł na półce!

http://www.besatt.net/
https://www.facebook.com/Besatt-1597752340516014/ - nowo powstały, oficjalny profil zespołu
https://www.facebook.com/Warheart-Records-136234336741683/
http://www.warheart.org/


czwartek, 22 lutego 2018

Doomster Reich- Drug Magick (Old Temple 2017)

Coś dla entuzjastów i czcicieli takich grup jak Pentagram, Saint Vitus czy wielkiego Black Sabbath . Doomster Reich ze swoją sztuką zanurza się w głębiny occult rocka i klasycznego doom metalu ze sporą domieszką psychodeli. Powiem szczerze, że z początku spodziewałem się przytłaczającego i wolnego grania od którego na ogół po pół godzinie boli mnie łeb, ale pozytywnie się zaskoczyłem. Oczywiście jest ciężar, jest transowo, ale są wolniejsze tempa, sporo średnich, a nawet i tych szybszych, także balans jest zachowany przez co odbiór materiału jest bardzo przystępny. Jak to mówią, ładnie to wszystko chodzi. Ciekawym zabiegiem było wplecenie przez zespół zapożyczeń z Black Sabbath, które padają w "Round the Bend Satan", mianowicie znane dobrze ze "Sweet Leaf" "All right now"! oraz "Satan's coming round the bend" z otwieracza debiutu. Niby taki drobiazg, ale morda sama się uśmiecha jak się to słyszy. Sama forma wydania "Drug Magick" jest warta wspomnienia. Jak wiadomo Old Temple wypuszcza swoje krążki jako złote dyski, a i sama oprawa graficzna jest tu na wysokim poziomie i poza samą muzyką jest na czym na moment zawiesić oko, a którego kolekcjonera ten fakt nie rajcuje. 
Powiem tak, słuchało mi się dobrze, mimo tego, że nie specjalnie często tego typu granie gości w moim odtwarzaczu. Jakimś mega fanem co prawda nie zostanę, ale nie mogę odmówić Doomster Reich naprawdę porządnej roboty w swym rzemiośle i autentycznie udanego przeniesienia nas w czas, kiedy ów styl rósł w siłę i oferował to co najlepsze. Świeżości i energii także tu nie zabrakło. Jak ktoś siedzi w takim graniu niech śmiało sięga po tę płytę, rozczarowania być nie powinno.

https://www.facebook.com/doomsterreich/
https://doomster-reich.bandcamp.com/
http://www.sklep.oldtemple.com/


poniedziałek, 19 lutego 2018

Enslaved- Hordanes Land (Candlelight 1993/ By Norse Music 2018)

"Hordanes Land" to nie tylko kamień milowy dla samego Enslaved, ale także bardzo istotne wydawnictwo dla norweskiej sceny ze względu na swój oryginalny charakter i tematykę. Sukces tego mini albumu zespół w znacznym stopniu zawdzięcza samemu Euronymousowi. Podczas jednej z ich wizyt w Helvete puścili mu jeszcze niedokończoną wersję dema "Yggdrasill", które momentalnie zdobyło zainteresowanie Oysteina i to na tyle aby zaproponować zespołowi wydanie płyty w barwach Deathlike Silence. Niedługo potem z Euronymousem skontaktował się Lee Barrett, właściciel dopiero co powstałej Candlelight Records, z prośbą o zarekomendowanie dwóch zespołów na potrzebę pierwszych dwóch Epek oraz splitu na cd. W odpowiedzi usłyszał Emperor oraz właśnie Enslaved. Grutle, Ivar oraz Trym z radością przystali na ofertę i z końcem 1992 weszli na kilka tygodni do studia aby zarejestrować "Hordanes Land". EPka ukazała się w barwach wspomnianego Candlelight w maju 1993 i momentalnie zdobyła sobie uznanie sceny jak i fanów. I nie ma co się temu dziwić, oj nie. Mimo tylu lat od wydania ten materiał wciąż tętni tą unikatową atmosferą i klimatem towarzyszącym wczesnym latom sceny w Norwegii. Enslaved stworzyło tu, jak na tamten czas, jedyną w swoim rodzaju mieszankę zajadłej i surowej Black Metalowej sztuki połączonej z ciekawymi klawiszowymi, nadającymi epickości tłami oraz tematyką osadzoną w nordyckiej mitologii i kulturze (co wcześniej na taką skalę praktykował tylko Bathory, a za przykładem czego poszły później kolejne grupy, jak chociażby Ulver). Mamy tu tylko trzy utwory, ale każdy średnio po dziesięć minut. Są to rozbudowane, niesamowicie wciągające kompozycje, przy których nie idzie się nudzić. Znakomity, wampiryczny wokal i wyeksponowane wyraźnie linie basu Grutle, świetne gitarowe i klawiszowe partie Ivara oraz solidne bębnienie Tryma stworzyły dzieło skończone i tak ważne w ich dorobku. Sam zespół darzy je przeogromnym sentymentem i do tej pory grywa na koncertach utwory z owej Epki.
Podsumowując, to właśnie dzięki takim wydawnictwom jak "Hordanes Land" tak mocno zagłębiłem się niegdyś w Black Metal, który do tej pory pochłania mnie z tą samą mocą. To przykład grania w którym można usłyszeć i poczuć tą szczerą pasję i oddanie wykonywanej muzyce, która zaraża i wciąga już na zawsze. Nieśmiertelny klasyk i osobiście bardzo ważne dla mnie wydawnictwo!
Poniżej przedstawiam tegoroczną reedycję omawianej płyty, która ukazała się z ramienia By Norse Music prowadzonej Einara Selvika (Wardruna), Ivara Bjornsona (Enslaved) oraz Simona Fullemanna. Wznowienie wyszło kapitalnie, chociaż może nie jestem tu do końca obiektywny jako, że brałem drobny udział w owym wydawniczym przedsięwzięciu, no ale jak tu nie chwalić jak jest co. Wydanie zawiera cała masę wspomnień osób związanych ze sceną, muzyków nie tylko Enslaved i norweskiej sceny (min. Faust, Silenoz, Fenriz, Mortiis... ale i Saculagus, Sakis Tolis, Metalion, Yosuke Konishi...), krótkie wywiady, garść zdjęć i memorabiliów oraz bardzo dobrze zrewitalizowaną szatę graficzną wierną oryginalnemu wydaniu. Wszystko w laminowanym digipaku. No żyć nie umierać, tak powinny wyglądać wszystkie reedycje klasycznych materiałów!






niedziela, 18 lutego 2018

Death Denied- A Prayer to the Carrion Kind (wydanie własne 2017)

Na samym wstępie muszę się przyznać, że jest mi daleko do dokładnie takiego grania jakie reprezentuje Death Denied, na co dzień słucham kompletnie odmiennych brzmień w ramach metalowej sztuki, ale zdobyłem się na posłuchanie tej grupy z jednego bardzo konkretnego powodu. Uwielbiam Grand Magus i Kiss, a Death Denied, dodając tutaj również sporo z Black Label Society, zespolili poniekąd wspólne elementy tych trzech grup w jedną całość tworząc swoje własne granie, styl i brzmienie. Znalazły się tu echa takich płyt GM jak "Wolf's Return", czy "Iron Will", a z Kiss mamy patenty prosto z "Carnival of Souls" oraz "Revenge". Co do BLS to jest tu rajd przekrojowy. Jednym słowem skondensowali ze sobą części składowe Heavy/Doom Metalu, Hard Rocka i tzw. Southern Rocka/ Metalu. No róg obfitości. Z pozoru wydaje się to dosyć osobliwą mieszanką, ale w praktyce to autentycznie się sprawdza. Utwory są walcowate, ciężkie, ale jednocześnie bardzo nośne, chwytliwe i nie pozbawione urozmaiceń, melodyjnych, zadziornych solówek oraz mocarnych riffów. Można powiedzieć, że zespół świetnie bawi się tu w łączenie staroci z nowoczesnością. Może nie do końca pasują mi tutaj wokale trochę jakby Zakk Wylde, bo nie przepadam za tym stylem, ale w akurat tej formule idzie do tego przywyknąć i zaakceptować, a z czasem może i polubić, kto tam wie. W każdym bądź razie, jeżeli Death Denied ze swoim "A Prayer to the Carrion Kind" byli w stanie zainteresować swoim graniem kogoś kto na co dzień siedzi w niemal kompletnie innych klimatach, to musi być coś na rzeczy. Dlaczego ma się tak nie stać w przypadku mi podobnych? Warto spróbować. Natomiast fani wspomnianego Południowego łojenia, jak i samego Doom Metalu będą z pewnością kontent i ten materiał ich porwie.

https://www.facebook.com/deathdenied/
http://deathdenied.8merch.com/services/store
https://deathdenied.bandcamp.com/album/a-prayer-to-the-carrion-kind


sobota, 17 lutego 2018

Winds ov Decay/ Occult Ceremonial Rites- Black Altar/ Beastcraft split (Odium Records 2017)

Kilka dni temu dotarła do mnie mocno oczekiwana przesyłka zawierająca split Black Altar/ Beastcraft w tzw. wersji die hard. To co otrzymałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania, zarówno muzyczne, jaki i wizualne, no ale o tym co zawiera ów drewniany box zostawmy na koniec, zajmijmy się najpierw samą muzyką.
Split Winds ov Decay/ Occult Ceremonial Rites jest wyjątkowy pod wieloma względami. Po pierwsze jest hołdem pamięci Trodr'a Nefasa, pod drugie wydawnictwem celebrującym 25-lecie Black Altar, a po trzecie materiałem, na którym zagościła cała masa muzyków, zwłaszcza po stronie niegdyś olsztyńskiej hordy.
Pierwsza część płyty należy do Shadow'a. To co tu dostajemy to chyba najpotężniej brzmiący materiał jaki spłodził Black Altar. Jest tak soczyście i potężnie jak nigdy wcześniej, a ładunek emocji jaki ze sobą niesie jest wprost niesamowity. Z resztą nie ma co się dziwić. Istniało ryzyko, na szczęście przepędzone, że będzie to ostatni materiał Black Altar. Shadow przelał tu całą esencję swojej sztuki. Zarówno "Tophet" jak i "Winds of Decay" ścinają z nóg. Są mocarne, pełne mroku i mistycyzmu, wciągając słuchacza w swą czarną otchłań z biletem w jedną stonę. Obu kompozycjom towarzyszą intro i outro wyciągnięte jakby żywcem z kina grozy osadzonego w mrokach średniowiecza. Dostajemy tu też cover Beastcraft "Pentagram Sacrifice", wzięty z tribute'u dla Nefasa "The Beast Awakens" (2013) oraz industrialną wersję "Tophet". Tutaj trochę zaskok z takiego akurat posunięcia, ale muszę powiedzieć, że wyszło to całkiem nieźle. Dodatkowo na płytce znajduje się także videoclip do "Tophet", który miał nie tak dawno swoją oficjalną premierę. W realizacji tego utworu wzięli udział muzycy takich zespołów Vader , Ondskapt oraz Acherontas, i oczywiście Beastcraft.
Teraz część należąca do grupy prowadzonej obecnie przez Sorath'a. Cóż, nie bez przyczyny zespół sygnuje swą sztukę jako True Norwegian Black Metal. Materiał ma zimne, szorstkie, wręcz tnące brzmienie, ale nie pozbawione głębi i kolorytu. Klimat jest niczym z najlepszych czasów tego grania, słychać tu tą samą atmosferę jaka towarzyszyła wczesnym nagraniom Gorgoroth, Darkthrone, Carpathian Forest czy Tsjuder, o Urgehal nie wspominając. Jest to tak esencjonalne i przesiąknięte duchem tej muzyki, że aż ciężko to opisać. Najwięcej tego właśnie klimatu mają tu "Deathcraft and Necromancy" oraz znany już dobrze z 7'' "Blackwinged Messiah" utrzymane w średnich tempach. Natomiast Black Metalową kanonadą chłoszcze "Resurrection Throught Desecration and Churchfire" oraz zamykający całość "...In Thy Name", także obecne na wydanych już wcześniej 7''- calówkach zespołu. Tak dla porównania, podobnego kopa jak wyżej wymienione kompozycje ma np. "Revelation of Doom" Gorgoroth, także to nie przelewki. Mamy też tutaj jeden kawałek live z 2016- "Burnt at His Altar". Oba zestawione ze sobą materiały Beastcraft i naszego Black Altar po prostu wgniatają w glebę, taka prawda. Będę wracał do tych piekielnych wyziewów nie raz, nie dwa, jestem tego absolutnie pewien.
Na podsumowanie, jak już zapowiedziałem na samym wstępie, przejdę do zawartości omawianego wydawnictwa. W owym limitowanym do 50 sztuk drewnianym pudle, poza winylową (czerwony winyl + dwustronny plakat formatu A3) i kompaktową wersją płyty oraz koszulkami obu zespołów, znalazła się cała masa pamiątek związanych z twórczością Black Altar. Mamy tu 2 duże plakaty A3 z czasów debiutanckiej płyty oraz "Death Fanaticism", flyery z wiązane z pierwszą płytą oraz splitem z Vesania, naszywkę, zdjęcia z autografami, promo cd z Odium Records oraz wkładki do wspomnianego przed chwilą splitu oraz dwóch pierwszych albumów w wersji kasetowej. No nie ma co, na bogato i konkretnie (istotnie die hard!), Shadow nie pożałował i dopracował temat w każdym możliwym szczególe. Chyba nie ma opcji żeby ktokolwiek czuł się nieusatysfakcjonowany z takiego wydania i kto tego w czas nie zgarnął ma czego żałować. Wydawnictwo wyszło wzorcowo i co można było zrobić, zostało zrobione. Perfekcja w każdym calu!

https://www.facebook.com/blackaltar/
http://www.black-altar-horde.com/
https://www.facebook.com/BeastcraftOfficial/
http://www.deathcibel.com/beastcraft/
http://www.odiumrex.com/webshop/














czwartek, 15 lutego 2018

Tribulation- Down Below (Century Media 2018)

Nie wiem, który to raz o tym wspominam, ale muszę hehe. Początek 2018 roku nie szczędzi naprawdę dobrych wydawnictw, autentyczne nie pamiętam kiedy ostatnio był wysyp tylu solidnych płyt w tak krótkim czasie. Ufff... Dobra, do rzeczy. Co serwuje nam Tribulation na swoim czwartym już krążku? Odpowiedź tu jest dosyć prosta i myślę, że większość osób podzieli moją opinię. "Down Below" jest naturalną kontynuacją "The Children of the Night", pogłębieniem obranej wtedy formuły i drugim krokiem w jej wnętrze. Teraz tak, czy to dobrze czy źle? Cóż, tutaj można się spierać. Z jednej strony mamy konsekwencję i ugruntowanie stylu, co jest bardzo na plus. Nie ukrywam, że jestem zadowolony ze ścieżki, którą obrali. Ich, notabene bardzo oryginalny, Death Metal z pierwszej płyty mógłby, pomimo potencjału, gdzieś po czasie przepaść, a tak ruszyli w kierunku jeszcze bardziej nietuzinkowym. Połączyli najlepsze elementy Cradle of Filth, Ghost, resztek swoich Death Metalowych początków (zwłaszcza wokal) posypując całość klasycznymi elementami Gotyckiego grania, zarówno metalowej i rockowej formy, oraz finiszując odrobinę progresywnym sznytem. Na bogato i odważnie, tego nie można im odmówić (chociaż czasem balansują na granicy kiczu, ale w ostateczności wychodzą obronną ręką). Ważne, że płyta nie jest od swojej poprzedniczki gorsza, jest równie dobra, trzyma poziom i serwuje kilka naprawdę wgniatających numerów- "Lament", "Lady Death" oraz "Subterranea" z pewnością wpiszą się do klasyki Trubulation, podobne aspiracje może mieć także "The World". Atmosfera płyty też robi swoje, mroczna niepokojącą, momentami trąci mi tą z późniejszych płyt King Diamond.
Druga strona monety to fakt, że brakuje tu bardziej zauważalnego kroku naprzód, jakiegoś konkretnego zaskoczenia, większego, emocjonalnego pierdolnięcia, bo niestety dwa utwory jakie prowadzą tę płytę, czyli "Lament" i "Lady Death" to ciut za mało. Po pierwszych dźwiękach album zaczyna być przewidywalny i już wiemy co na dobrą sprawę będzie dalej. Drugą i ostatnią rzeczą na którą ponarzekam to odrobina przeładowania w paru kompozycjach. Takie "Cries From the Underworld" czy "Here Be Dragons" są najnormalniej za długie i niszczą tym faktem mechanikę albumu narzuconą przez pozostałe kompozycje, mogą nieco zmęczyć, mimo swojego świetnego klimatu. Mam wrażenie, że po prostu hamują płytę. Na tym minusów przeze mnie wyłuskanych koniec.
Podsumowując jest to bardzo dobry, udany album, cementujący styl grupy i stawiający kropkę nad "i" po kapitalnym "The Children of the Night". Jeżeli poprzedniczka była pewną rozpoczętą historią, to "Down Below" ładnie ją zamyka i zespala, mimo paru swoich wad. Trzyma poziom po prostu. Mi w ogólnym rozrachunku podeszła i odsłuchałem już kilka razy, z zapatrywaniem na więcej. Dla mnie na "tak" za same 3 kompozycje, które wspomniałem jako pierwsze. Niechybnie kawał naprawdę solidnej roboty, choć bez spektakularnych fajerwerków. Dla fanów Tribulation jest to mus, dla reszty hmm... Warto się zapoznać, to pewne i wątpliwości nie ma. Czy zakupić? To każdy musi osądzić indywidualnie.

https://www.facebook.com/Tribulationofficial/
http://www.tribulation.se/


piątek, 9 lutego 2018

Horrorscope- Altered Worlds Practice (Defense Records 2017)

Trochę czasu zajęło mi zabranie się za tę płytę i w ogóle napisanie o niej czegokolwiek. Głównie przez elementy groove metalu, którego alergicznie nie znoszę oraz okazyjnego wplatywania na niej czystych wokali (no jakoś gryzie mi się to z takim graniem). Niemniej jednak pozytywne aspekty krążka oraz nie tak duża i oczywista dawka wspomnianych niedogodności, przeważyły i zdobyłem się na kolejne odsłuchy szóstego już długograja tej chorzowskiej ekipy. Owocem jest niniejsza recka. Na samym początku warto zaznaczyć, że to chyba najcięższy jak dotąd krążek Horrorscope, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Kompozycje są tu mocarne, walcowate, o konkretnym soczystym brzmieniu. To pierwszy z plusów który skłonił mnie do poświęcenia "Altered Worlds Practice" trochę więcej czasu. Kolejnym i chyba najważniejszym, jest fakt, że usłyszałem tu... elementy Szwedzkiego Death Metalu! Nie wiem, mam jakiegoś zboka na tym punkcie i gdzie nie słyszę te wpływy to momentalnie zamieniam się w słuch. Wiadomo, że Horrorscope to przede wszystkim ciężki kawał thrashu z elementami nielubianego przeze mnie groove'u, ale tutaj, nie wiem czy świadomie czy nie, pojawiło się sporo z brzmienia Amon Amarth czy struktur, rytmiki dobrze znanej z późniejszych dokonań Dismember czy Entombed. Te właśnie, szwedzkie naleciałości fajnie przysłoniły mi przeszkadzające drobiazgi. No nawet wokalowi "Baryły" bliżej do Death Metalowej estetyki. Zadziorne, odrobinę techniczne solówki to także kolejny jasny punkt albumu, o którym warto wspomnieć. I właśnie tymi wszystkimi elementami mnie chłopaki kupili i słuchało mi się owego albumu bardzo dobrze, od początku do końca. Na koniec płytki czekał deser w postaci coveru "Wolverine Blues". Zrobili to odrobinę wolniej niż jest w oryginalne, na swoją modłę (i tak powinno być zawsze, po swojemu). Uwydatnili riffy, dodali do tego swoje gęste brzmienie i pojechali z tym koksem. Wyszło pierwszorzędnie i świeżo. Nie dziwi mnie nawet dobór akurat tego utworu, cóż, mówiąc szczerze ten album buja i miażdży podobnie jak nie tylko ten kawałek, ale jak i cały album o tym właśnie tytule. Płyta warta i zakupu i samego posłuchania! Kawał solidnej roboty!

https://www.facebook.com/horrorscopeband/
https://www.youtube.com/user/HorrorscopeRadical
https://www.reverbnation.com/horrorscope
http://www.defensemerch.com/